W oczach zachodu
Joseph Conrad
W oczach zachodu
— Od pewnego czasu słyszymy wciąż o panu.
Razumow nie wiedział, co ma odpowiedzieć, i mruknął kilka słów bez związku. Złudzenie trupiej czaszki ustąpiło.
— Wie pan, powszechnie skarżą się na to, że wszędzie zachowuje się pan z wielką rezerwą.
Razumow milczał chwilę myśląc, co by tu odpowiedzieć.
— Czy pani nie widzi, że jestem człowiekiem czynu? — rzekł wreszcie ochrypłym głosem, spoglądając w górę.
Piotr Iwanowicz stał przy jego krześle w enigmatycznym, wyczekującym milczeniu. Razumowa zaczęło z lekka mdlić. Czym mogło być dla siebie tych dwoje? Ona — niby zgalwanizowany trup z jakiejś powieści Hoffmana, on — apostoł feministycznej ewangelii dla całego świata i ultrarewolucjonista w dodatku! Ta starożytna, wymalowana mumia o przepastnych oczach i ten otyły usłużniś o byczym karku… Co to było?… Czary, urzeczenie… „To jej pieniądze — pomyślał Razumow. — Ona ma miliony.”
Ściany i posadzka pokoju były nagie jak w stodole. Nieliczne sprzęty wyszukano na strychach i ściągnięto do użytku, nie odkurzywszy ich nawet porządnie. Były to rupiecie, pozostawione przez wdowę po bankierze. Okna bez firanek spoglądały pusto i bezsennie. Dwa z nich były zasłonięte brudnymi, żółtawymi roletami. Wszystko to mówiło nie o biedzie, lecz o plugawym skąpstwie.
Ochrypły głos z kanapy powiedział gniewnie:
— Pan się rozgląda, Kiryło Sidorowiczu. Ograbiono mnie bezwstydnie, zrujnowano do szczętu.
Rechotliwy śmiech, którego, zdawało się, nie mogła opanować, przerwał na chwilę jej mowę.
— Natura niewolnicza znalazłaby pociechę w tym, że głównym grabieżcą była osoba wysoko postawiona, niemal nietykalna, w istocie rzeczy wielki książę. Rozumie pan? Wielki książę! Nie! Pan nie ma pojęcia, jacy to złodzieje! Skończeni złodzieje!
Pierś jej zafalowała, ale ręka, spoczywająca sztywno na oparciu, ani drgnęła.
— Zaszkodzisz sobie tylko — wyszeptał głęboki głos, który, jak się wydało zdumionemu Razumowowi, wychodził raczej
